albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS

w pięciu smakach

niedziela, 16 czerwca 2013

Kolejny weekend z leniem w dupie. Dwa tygodnie temu przeleżałam niedzielę dochodząc do siebie po sobocie. Tydzień temu leżałam robiąc nic, lecząc przeziębienie z poprzedniego tygodnia. Wczoraj cały dzień spałam, i to dosłownie cały dzień, bo do 18, bo tylko sen pozwalał poradzić sobie z potwornym bólem głowy i mdłościami oraz innymi przebojami ze strony przewodu.

Nie wiem, skąd to. Że niby odreagowuję? Że pracoholiczne nawyki - zapierdalać w tygodniu, a potem jak betka leżeć i regenerować? Że stresy? Nie wiem, ale nie podoba mi się to. Ale też - mam w sobie wdzięczność, że mogłam bezkarnie ten dzień przeleżeć, że nikt nic ode mnie nie chciał. Że bez wyrzutów sumienia, w swoim rytmie, podążając za elementarnymi potrzebami mnie-cielesnej. 

Piątkowy wieczór na koncercie w Zabrzu. Brat nie dotarł, bardzo mi szkoda, bo to było bardziej jego marzenie. Koncert piękny, szczególnie zauroczył mnie support - Pan grający na metalowych żółwiach, czy też garnkach po bigosie. Cudo!
Sama gwiazda wieczoru - nie można powiedzieć, pięknie grali i śpiewali, zbierali oklaski i okrzyki żywiołowe, szczere. Jednak.

Mnie samą dopadły dwa rozczarowania. Pierwszym były trzy wielkie, bezduszne syntezatory. I jakoś nie przekonują mnie muzycy, co to stoją przy tych klawiszach, bujają się w rytm i z wielkim namaszczeniem przykładają trzy palce do klawiszy, i trwają, z uczuciem, a jakże, w tym akordzie przez dłuższą chwilę, bujając się, a jakże, by potem przyłożyć następne dwa palce. No nie. Tak monumentalna muzyka powinna mieć monumentalne instrumentarium. Całe smyki, cała sekcja dęta. No wszystko tam powinno być. I fortepian powinien stać na środku. A I chórki powinny być ludzkie, a nie z taśmy. Wzdech.
Drugie rozczarowanie niejako związane z pierwszym - to był mało koncertowy koncert. Utwory odegrane dosłownie jak na płycie, ani pół nutki nie zmienione, nie dodane, ani w instrumentach, ani w wokalach. Nic. A przecież żeby posłuchać płyty nie potrzebuję tłuc się do Zabrza i z powrotem, i wydawać licznych sakiewek zapazusznych na bilet. Żeby choć coś z nami pogadali, opowiedzieli, weszli w interakcję, a tu nic.

Co nie zmienia faktu, że nawet rozczarowujący koncert Dead Can Dance jest wart tego, by na nim być, choć raz.

A może mnie się po prostu w tyłku przewraca z nadmiaru muzycznych wrażeń? 

 

sobota, 06 kwietnia 2013

Głosowaliście? Jeśli tak, to doskonale wiecie, że nie jest łatwo. Bo wierzyć mi się nie chce, że są ludzie, którzy mają mniej niż 33 uuuuukochane piosenki z polskiego podwórka.

Mój wybór, wymęczony, absolutnie subiektywny. Starałam się nie wybierać więcej niż jedną piosenkę tego samego wykonawcy. Wybierałam albo bardzo ważne dla mnie, albo absolutnie najważniejsze polskie piosenki (dla społeczeństwa, że tak powiem), a przy tym i dla mnie ważne, mądre, coś znaczące. Także nowsze, co do których uważam, że albo już się istotnie zapisały w uszach, albo uważam, że absolutnie na docenienie zasługują.

Oto moja lista:

  1. Bemibek - Sprzedaj mnie wiatrowi
  2. Blenders - Owca
  3. Budka Suflera - Cień wielkiej góry
  4. Czesław Niemen - Sen o Warszawie
  5. Dżamble - Wymyśliłem Ciebie
  6. Edmund Fetting - Nim wstanie dzień
  7. Edyta Bartosiewicz - Ostatni
  8. Ewa Demarczyk - Grand Valse Brillante
  9. Hanka Ordonówna - Miłość Ci wszystko wybaczy
  10. Hey - Dreams
  11. Ira - Nadzieja
  12. Jacek Kaczmarski - Źródło (Wąwóz)
  13. Kabaret Starszych Panów - Dobranoc
  14. Krystyna Prońko - Psalm stojących w kolejce
  15. Martyna Jakubowicz - Kołysanka dla misiaków
  16. Maryla Rodowicz - Niech żyje bal
  17. Mieczysław Szcześniak - Spoza nas
  18. Myslovitz - W deszczu maleńkich żółtych kwiatów
  19. Pati Yang - All that is thirst
  20. Pidżama Porno - Nikt tam pięknie nie mówił, że się boi miłości
  21. Piotr Szczepanik - Kochać
  22. Raz, Dwa, Trzy - Już
  23. Renata Przemyk i Katarzyna Nosowska - Kochana
  24. Republika - Odchodząc
  25. Róże Europy i Edyta Bartosiewicz - Jedwab
  26. Skaldowie - Cała jesteś w skowronkach
  27. Stare Dobre Małżeństwo - Czarny blues o czwartej nad ranem
  28. T.Love - Bóg
  29. Tilt - Jeszcze będzie przepięknie
  30. Turbo - Dorosłe dzieci
  31. Varius Manx - Piosenka księżycowa
  32. VooVoo - Nim stanie się tak
  33. Wojciech Młynarski - Jeszcze w zielone gramy

I teraz: powiedz mi, czego słuchasz, a powiem Ci kim jesteś? Kto się pokusi?

poniedziałek, 11 lutego 2013
Kilka wierszowanych wersów na bloxowy konkurs, jednak ze względu na treść - za dodatkowym klikiem.
poniedziałek, 28 stycznia 2013

Narobiłam dziś w gacie ze strachu. Prawie.

Było już późno, z Wrocławia wyjechałam później niż miałam, bo jeszcze serwis trzeba było odwiedzić i trochę to trwało. GPS nastawiony, cykpykmyk austostradą, potem zjazd, ale droga krajowa, spoko loko. Wprawdzie koło zera, w dzień mokro, trochę niby zamarza, ale w sumie nie wozi mnie na boki, jakoś jadę. Luz. Do czasu. GPS pewnie kazał skręcać w coraz to mniejsze i, co gorsza, ciemniejsze dróżki. Zniknęło pobocze, zniknęła linia przerywana środkiem drogi. Pojawił się cholerny księżyc w pełni. Droga puściuteńka. Nikogo. Nikogusieńko. Las, ośnieżony. Szarośnieżne pobocze. Drzewa w skrajni drogi. Kilka zjazdów z głównej drogi, z górki, albo pod - tak, że nie wiedziałam, czy tam, gdzie jadę, to jest coś, czy przepaść i zupełne nic. Ostre podjazdy. Coraz częstsze znaki ostrzegające o opadających kamieniach, albo stromiznach. Zakręt za zakrętem. Byłabym zawróciła, ale z rzadka (stanowczo - zbyt rzadka!) pojawiał się kierunkowskaz na miasto dawniej wojewódzkie. Rzut oka na GPS - 15 km do celu, a ja w czarnej dupie. Gacie pełne! No ale jadę, bo przecież nie chcę TU, pośrodku niczego zostać. Brrrr!

Pojawiła się jakaś miejscowość. Jakiś pieszy, pijaniuteńki, że jak się masz, a co. I jakieś auta się zaczęły pojawiać - oczywiście świecące niepokojąco po lusterkach.  Ale zaraz znów jakaś boczna dróżka. Jadę zgodnie z wskazaniami, ale nagle się okazuje, że wg mapy jestem poza drogą, znów mnie w środku trzęsie.

Kiedy nagle, za kolejnym zakrętem i wzniesieniem trafiam na widokowy punkt, z którego widać rozświetloną kotlinę biorę głęboki wdech. Wydech.

Jeszcze kilometr, dwa i.. leniwe, senne uliczki uzdrowiska. Śnieżne czapy na drzewach w parku. Pensjonaty uśpione pozasezonowością. Stłumione światło licznych latarni. Spokój. Szczawno Zdrój. Niech cię!


środa, 16 stycznia 2013

Pyza jeździ, a ile jeździ tyle ma wniosków. Czasem racjonalizatorskich, czemu nie?

Otóż... w jeżdżeniu najważniejsze jest co? Nie, że samochód, że gaśnica, że koło zapasowe. Bzdura!
Otóż... w jeżdżeniu najważniejsza jest muzyka. Radio i co najmniej kilka płyt, z czego dobrze, żeby przynajmniej jedna była "świeża". Dlaczego? Bo choć najpiękniejsze są piosenki, które znamy, to w obliczu narastającej senności przydaje się coś, co może nie będzie najpiękniejsze (albo jeszcze nie wiemy, czy będzie), ale ma szansę zaciekawić, a choćby i wkurzyć, że nie tak fajne, jak mogłoby być. 
Ważna jest też kawa.
Najlepsza w McDonladzie, bez dwóch zdań. Ale też - najdroższa. 
Pozostałe mniej lub bardziej zalatują styropianem. Albo plastikiem. Albo mokrą szmatą i styropianoplastikiem.
Za to do kawy (dużej, bo po inne się nawet nie schylam) na Orlenie dają w gratisie brownie (choć nie jestem pewna, czy czas przeszły nie byłby słuszniejszy). No dobra, może już nie dają, ale na pewno dawali. I było to wyjątkowo smaczne brownie. O dziwo.
To też ważne. Bo gdy dopada za kierownicą śpik nie samą kawą. Po energetyki nie sięgam i Wam też nie radzę - są okropnie niezdrowe, a do tego przeraźliwie śmierdzą. Jeśli smakują równie obrzydliwie jak "pachną", to naprawdę nie mogę zrozumieć, kto i dlaczego po nie sięga. Fuj!
No w każdym razie - gdy dopada śpik zaczynamy wyglądać stacji benzynowej.
Czasem się jednak okazuje, że stacji póki co nie ma (bo na ten przykład jadę autostradą, a jak wiadomo, przy autostradzie się nie stawia stacji benzynowych, no bo po co?!). To jest czas i miejsce na: a/głośniejszą muzykę, b/ skręcenie ogrzewania (nawet zimą), c/uchylenie okna. Zyskujemy kolejny kwadrans, w tym czasie na horyzoncie pojawia się upragniony przybytek, więc..
Kawa. Wiadomo. I coś na ząb. Niestety - prawda jest taka, że potrzebujemy kilku kalorii. Dlatego też kawa z cukrem (choć normalnie bez), a do kawy? No niechby i ten hotdog. 
Tajemnica hotdogów - wszystkie smakują równie nijako, czyli dokładnie tak, jak zostały wymyślone - smakują jak bułka z parówką. Niezależnie od tego, czy parówka się nazywa "parówka, "kabanos", czy "bekonser". Wszystkie smakują równie nijak, jednak te z Shella mogą być dodatkowo zimne. Nie polecam.
Mamy więc kawę, zjedliśmy parę kęsów bułki z parówką, wracamy do auta?
Nie, nie, nie.
Idziemy do toalety. I nie mów, że nie, że jeszcze nie musisz. Kawa? I kolejna kawa? I autostrada bez stacji benzynowych? Oczywiście, że musisz, uwierz mi.
Z toaletami podobnie jak z kawą. McDonald ma najczystsze. Pachnące. BP i Orlen, na ogól też przyzwoite, choć czasem brakuje to papieru, to mydła. No i raz na Orlenie, gdy zapytałam o toaletę pokazano mi niebieskiego toitoia stojącego na tyłach przybytku. O nie, nie, nie! Nie ze mną te numery.
No nic, wysikani, najedzeni oraz z kawą udajemy się do auta. Przed dalszą drogą jednak nie można zapomnieć o paru wymachach, podskokach, przysiadach, albo truchcie dookoła samochodu. Na pobudzenie. 
I już?
Prawie. Jeszcze przypominamy sobie, czy nam się przypadkiem płyn do spryskiwaczy nie kończy, bo bez tego ani rusz. W razie potrzeby uzupełniamy.
I już?
I już!

 
1 , 2