albo się nie uda...

słodki

niedziela, 02 marca 2014

Tytułem wstępu: nie jestem fanką_fanką zespołu Depeche Mode. Na największą falę depeszowego szału w naszym kraju jestem pewnie parę peseli za młoda. A potem, gdy już był na to czas i miejsce, to jakoś bardziej byłam sercem za U2, mając gdzieś z tyłu głowy dziwaczne poczucie, że albo-albo, choć przecież zbiory fanów jednego i drugiego zespołu mają niemałą część wspólną. 

Znałam ci ja kilka hitów, lubiłam teledysk do enjoy the silence i tyle. Jak więc stało się, że trafiłam na ubiegłotygodniowy koncert do Łodzi?

Rok temu, gdy gruchnęła informacja, że na trasie promującej nową płytę jest i Polska na bilety rzucili się moi przyjaciele - w tym, bywająca tu Anet. Nawet przez chwilę pomyślałam, czy by nie, ale potem sam siebie zgasiłam za tą myśl. Do koncertu pół roku. Po jakimś czasie pojawiła mi się myśl - pewnie zanim przyjdzie do koncertu, to zdążę ich (DM) poznać i polubić do tego stopnia, że będę potem cholernie żałować, że na koncercie nie jestem. Przyczynkiem do tego miała być między innymi sprezentowana mi przez Anetę płyta Ultra, czy też już nabyta samodzielnie Songs of.. (mój samochodowy hit lata 2013). I jako się rzekło... przyszło lato, leżałam wtedy na plaży w Łazach, gapiłam się na kolejny zachód słońca i marudziłam Emili, że tam koncert, a mnie tam nie ma i buuu. Gdy więc chwilę później zapowiedziano koncert w Łodzi byłam pierwsza przy kasie z biletami potupując niecierpliwie nózią.

Koncert był naprawdę niezły. Punktualnie się zaczął (!) i trwał równe 2 godziny. Cieszyłam się, że tak wiele kawałków znam (chyba 3, czy 4 nie brzmiały znajomo), stosunkowo niewiele (4 z 20) piosenek były z najnowszej płyty. Sporo hitów. Dave jak na frontmana przystało robił, co do niego należało ;-) Nie, nie napisałam, jak na wokalistę przystało. Tak, nie mam na myśli tylko wokalu (i tu tylko żal, że człowiek, czy inna żaba, nie stał nieco bliżej ;)). 

Z najfajniejszych, najbardziej poruszających momentów koncertu? Na pewno In your room, bardzo też spodobała mi się wersja But not tonight, w wykonaniu Martina, spokojna, zupełnie inna od dotąd mi znanych. Koncert też zrobił mi w środku PSTRYK na okoliczność piosenki Black celebration. Dotąd nie byłam nią zachwycona, jakoś zupełnie mnie nie ruszała, nudziła może nawet? Na koncercie przy pierwszych dźwiękach w powietrze wyrzucono setki czarnych balonów, istne szaleństwo, a ja nagle utwór ten pokochałam. Nie wiem, czy to te balony, czy koncertowy klimat, ale tak mi już zostało. Ta piosenka dźwięczy mi w głowie kilkanaście razy dziennie od tygodnia.

Były też słabsze punkty. Słychać głosy o nieidealnym nagłośnieniu. Ja sama momentami miałam wrażenie, że słyszę nagle zupełnie dziwnie mocno jeden instrument, a niekoniecznie ten, co potrzeba. Muzycznie rozczarowała mnie smętna wersja mojego ukochanego Halo (niepobitym hitem pozostaje wersja Paryska). No i naprawdę słaba była organizacja. O kolejkach do nieczynnych szatni już wspominałam. O tym, że zaspał ktoś odpowiedzialny za wentylację jeszcze nie. Było upiornie gorąco. I nie, nie przekonuje mnie, że tłum, że ludzie, że koncert, że atmosfera (zatęchła). To jest nowy obiekt i do cholery, do takich, między innymi, okoliczności był zaprojektowany. 

Ale żeby nie kończyć gorzko - koncert naprawdę mi się podobał, nawet jeśli zabrakło mi "efektu wow" (swoją drogą przy tej okazji zrobiłam w głowie przegląd koncertów pod kątem obecności lub braku tego efektu i wnioski zaskoczyły mnie samą. O tym może przy następnej okazji). Czy poszłabym znów? Jasne! 

14:03, martuuha , słodki
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 stycznia 2014

Od sierpnia szukałam pracy. Intensywnie. I choć w duchu miałam przekonanie, że do końca roku pracę znajdę, to niezbyt intensywny odzew powoli zaczynał mnie niepokoić. Poza szukaniem, choćby nie wiem, jak intensywnym, miałam też trochę czasu na inne taki. Przeczesywanie Internetu na przykład; na generowanie sobie potrzeb, których dotąd nie miałam. I tak oto wygenerowałam sobie potrzebę torebki. Ale nie że tak po prostu.

Otóż z torebkami to jest u mnie tak. Zupełnie nie przemawia do mnie teoria o torebce dopasowanej do butów. To jest jaka abstrakcja. Torebka wg moich kanonów to ma mieścić bochenek chleba i butelkę wina. Co najmniej. Na ogół mieści ze dwie flaszki oraz trzy rodzaje przystawek. I jeszcze buty na zmianę ;-) W razie potrzeby umiem w niej zgubić laptopa.

No więc sami rozumiecie, znalezienie torebki spełniającej takie wymogi, nie jest łatwe. Do tego nie lubię nadmiernej ilości fidrygałków, kieszoneczek, skuwek, złotek, ozdobników. No nie. Aha, i jeszcze ma się nosić na ramieniu. Torebusie przeznaczone do dzierżenia w dłoni – nie, nie, nie.

Tak więc jest sobie jesień, przeglądam ja te Internety, i , czysta złośliwość!, znajduję torebkę idealną. Oczywiście, kiedy ja na bezrobociu, zasiłek starcza na zatankowanie samochodu na przeprowadzkę z Krakowa na wieś, tudzież ze wsi do Poznania. Życie uszczupla oszczędności z brzdękiem monet, jak w wiadomej piosence. A ja trwam w zachwycie i nieznośnej niemożności. Na pociechę obiecuję sobie, że jak już dostanę pracę, to nabędę. Nabędę czym prędzej.

No ale mija tydzień, drugi, trzeci, a mnie aż kręci. A jak potem ich nie będzie? Tych torebek. A jak będą jeszcze droższe? A co jeśli już nigdy, a ja przegapię szansę? Wpadam więc na przebiegły sposób i odkręcam zależność. I już nie: jak dostanę pracę to kupię torebkę, a: kupię torebkę, a wtedy dostanę pracę. Zadowolona, że tak to sobie mądrze wykombinowałam zamówiłam torebkę i czekałam na rozwój wydarzeń. Torebka dotarła do mnie między trzecią, a czwartą rozmową kwalifikacyjną w Firmie, a zaraz potem przyszedł też telefon z informacją, że tak, jak najbardziej, zapraszamy od stycznia na etat.

I zdawać by się mogło, że to już. Ale nie.

Jako, że już tę pracę dostałam, postanowiłam się zmultiplanować. Splanerować się. Podglądałam te multiplanery od jakiegoś czasu i zachciałam też. Dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy wybrać czarny czy czerwony. Kto fejsbukowy to może brał nawet udział w tym plebiscycie. Zdecydowałam się na czerwony. Że energia, że łatwiej w tej przepaściastej torebce go znaleźć i takie tam kryteria. Wybrany, zamówiony, zapłacony, doczekać się nie mogłam.

No to się doczekałam. Otwieram paczkę. A tam… piękny, ale CZARNY multiplaner. Nic to, sprawdzam korespondencję; czerwony potwierdzony jak wół. Mailujemy zatem. Sklep natychmiast odpisał, że oczywiście, faktycznie, ich błąd. I jeśli tylko ten omyłkowy, czarny, przekażę komuś, kto będzie go używał, oni dosyłają mi czerwony, zgodnie z zamówieniem i przepraszają za kłopot. Tak to ja rozumiem.

Przypomniałam sobie torebkowe zaklęcie i idąc tym tropem czarny planer wysłałam Takiej Jednej, szukającej pracy. Z zapewnieniem, że skoro ma już porządny kalendarz, to teraz ani chybi dostanie pracę, by zapełniać go projektami i różnymi takimi, „to do” listami.

Kogo zdziwi, że kilka dni temu multiplanerowy sklep dostał maila (a ja kopię), której fragment przytaczam poniżej? Kto nie wierzy w czarownice?

Chciałam zameldować z radością, że dostałam od niej piękny prezent w postaci owego czarnego multiplanera, z życzeniami bym w życiu miała czas na życie oraz znalazła wymarzoną pracę. No i proszę - dosłownie po trzech dniach znalazłam tę pracę, a raczej ona znalazła mnie. I mam co wpisywać w kalendarz i planować i zarządzać i notować ku pamięci własnej i potomności!

czwartek, 19 września 2013

Siedzi pies. W zasadzie leży, ale przednimi łapami podparta, więc trochę stójka. Ale na leżąco. Spogląda na zapłocie. Pies jest duża. Co istotne. Jest też kot. Niemały, umówmy się, chociaż pobyt na wsi wysmuklił mu sylwetkę (dziwne, że mi nie wysmukla jakoś, co uważam za skandal). i tenże kot, gabarytów słusznych, wzrokiem skierowany w kierunku całkiem przeciwnym. Przednimi łapami gramoli się po ogonie wspomnianej powyżej. A zadek mości na jej grzbiecie. Pies niewzruszona. Kot na wstecznym próbuje się umościć, rakiem wycofuje, ale grawitacja jest bezwzględną, a futro psa wilgotne i poślizgowe. Entropia hula. Umościć się nie sposób, ale nie ustaje w wysiłkach.

Nadlatuje wrona, pies się podrywa i tyle ją widzieli. Kot ma focha.

22:01, martuuha , słodki
Link Komentarze (6) »
środa, 11 września 2013

Koleżanka Waterloo z uporem godnym lepszej sprawy linkuje do mojego żabiego zakątka, statystyki mi urosły o jedną trzecią, to wstyd tak, by się czytelnicy obijali o wciąż te same, nie pierwszej świeżości już, wpisy.

Temat wprawdzie się sam napatacza, ale jak tu go ugryźć, żeby jednak patologiczny rys nieco przyćmić...

Więc uznałam, że nic innego, tylko Kultura, głupcze! A jako, że lato już mamy babie, jesień u bram, to z kultury, na osłodę nieuniknionych dni krótszych i całej reszty.

I po tym, że wcześniej
noc ciągnie ze zmierzchem
-jesień, jesień już 
Po pustym już polu,
po pełnej stodole
-jesień, jesień już 

 

 

A my tak - po kieliszku, po troszeczku
Popijamy calutki ten dzień
- Próbujemy nalewki
z dzikiej róży, z przeczki
żeby sprawdzić, czy zimą
to wypić się da

No więc otóż my też - po kieliszku, i po troszeczku. Tyle, ot, żeby sprawdzić, czy wypić się da.

Niech Was nie zmyli, że cośtam, cośtam. Kulturalnie się przy stole siedzi, się krzyżówki rozwiązuje, prasę przegląda, grzybkiem zakąsza.

A gdy tak patrzę, patrzę, to w sumie, niech se przychodzi ta jesień, zima. Wypić się da.

niedziela, 11 sierpnia 2013

O różnych rzeczach, sprawach, zdarzeniach i niezdarzeniach. Czasem się spełnia. Jak wczoraj.

O koncercie Florence & The Machine marzyłam od jakiegoś już czasu. Nie bardzo krótkiego. Doczekałam. Koncert był cudowny. Flo jak czarodziejka, jak wulkan, jak wszystko albo nic, jak pieprz z wanilią. Publiczność entuzjastyczna, oddana, fanowska. I bardzo, bardzo liczna.

Pozostał niedosyt, bo przecież zawsze można więcej, dłużej, bardziej, ale pozostaje czekać na spełnienie "see you very soon" i cieszyć spełnionym.

Niewielka namiastka poniżej, ale spodziewam się na dniach, że youtube wykwitnie mniej lub bardziej udanymi filmikami.

14:46, martuuha , słodki
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7