|
Archiwum
Zakładki:
inne wcielenia
najważniejsi
Bywam
Ku pamięci
Muzycznie
Pod kluczem
Z podziwem
Zawieszone?
|
niedziela, 29 stycznia 2012
boję się: Warszawy, junkersów, wyprzedzania na trzeciego, zbiegać z gór po niestabilnych kamieniach, że umrę głupio przez zakrztuszenie, bo nie będzie obok nikogo, kto solidnie klepnie mnie w plecy; że nic się nie zmieni, że wszystko się zmieni, że nie zdążę, że stracę zmysły; gdy wiatr wieje potępieńczo, przestrzeni z wysokością (ale nie: przestrzeni i nie: wysokości), telefonów dzwoniących. nie boję się: pająków, myszy, ciemności, wody, latać, myśleć, prowadzić auta, czarnego kota, piątków 13-tego, burzy, piorunów, porwania przez UFO, dentystów, zastrzyków, krwi, marzyć, eksperymentować w kuchni, internetowych znajomości. A Wy?
piątek, 27 stycznia 2012
czwartek, 19 stycznia 2012
Obserwacje własne (to się kiedyś skończy utonięciem, tak się śmieję do własnych myśli ;-) ) 30% wchodzi na basen bez czepka. Nie to, że nie wiedzieli. Informacje oklejone są WSZĘDZIE. I mówiąc wszędzie właśnie to mam na myśli. Przywdziewają je dopiero po głośnej uwadze ratownika. Zawsze z miną "o jeeeny, ale się czepia". Co najmniej 50% z nich musi do basenu skoczyć. Nie zawsze zważając na tych, którzy już pływają. Bez bombki ze słupka się nie liczy. Niech widzą, nie? Większość z nich, gdy już płynie, to agresywnie, bardzo szybko oraz bardzo machając. Czym się da. Więc albo zamaszysty craul, albo jeszcze lepiej motylkiem. Taki jestem dziarski, rześki i wysportowany. Po przepłynięciu 1 długości robi przerwę i ciężko sapie. Sapie. Sapie. Jak odczeka z 5 minut to znów się rzuca chlapać, wyprzedzać, kopiąc po drodze. Zatrzymuje się przed końcem (bo już nie daje rady?) i znów sapie przez kilka minut. No dobra, niektórzy płyną kilka długości ciurkiem. Ale wtedy nigdy nie trzymają kolejki, zawracają przed końcem basenu wcinając się przed innych, płyną raczej środkiem niż bokiem toru i nie raz pacną to ręką to nogą. Są też typki "koledzy z pracy", którzy to mają niecierpiące zwłoki tematy do omówienia - zazwyczaj w połowie długości toru. Zaaferowani potrafią dyskutować tak długo, aż ja pokonam kilka basenów, omijając ich z prychnięciem. Jeśli czasem trafi się jakiś, który po prostu przyszedł popływać, bez tej całej szopki, to jakoś dziwnym trafem, najczęściej jest ode mnie sporo starszy. A Wasze obserwacje? ps. Faceci przychodzący na basen z panienkami to inna kategoria ;)
czwartek, 12 stycznia 2012
Niby każdy jakieś ma. Niby nic dziwnego. Względem siebie, ludzi i świata dookoła oraz pogody podczas urlopu. Nic zdrożnego. Nic bardzo zdrożnego. Choć takie całkiem bez znaczenie to nie jest. Bo nawet jeśli wolno nam mieć oczekiwania, to jednak to, że ktoś/coś ich nie spełnia jest tylko i wyłącznie naszym problemem. Dlaczego o tym piszę? Ostatnio ciągle mam poczucie, że czyjeś oczekiwania zawodzę. Że powiedziałam nie to, co powinnam, albo nie powiedziałam tego, co powinnam, że ucieszyłam się nie dość, albo za bardzo. Że gdzieś byłam, albo że gdzie indziej nie będę. Że coś poczułam, albo że jestem nieczuła. Że spędzam czas nie tak, jak należy. Nożesz do jasnej anielki! Staram się, ok.? Jeśli ktoś czegoś ode mnie chce – pomogę, na miarę możliwości, czasem nawet więcej. Staram się szanować ludzi i ich potrzeby. Staram się, ok.? I nie oczekuję wielkich podziękowań, dozgonnej wdzięczności. Ale już złośliwe przytyki są czymś, dla czego nie znajduję uzasadnienia. Albo szczeniackie skarżenie się komuś, że coś, albo że nie. Albo porównywanie, że ktoś inny to tyyyle rzuca, żeby …., a ja, czemu ja nie? Znów zakręcam się w myśleniu co, dla kogo, co powiedzieć i komu, i kiedy, i jak, żeby było dobrze, zgodnie i miło. I znów w tym wszystkim brakuje mi troski o to, żeby dobrze było mi. O nie. To już było, tyle razy, że nie zliczę. Tym razem łapię się na tym wcześniej, i przypominam, samej sobie, że przede wszystkim mam obowiązek zadbać o siebie i spełniać własne oczekiwania względem siebie.
wtorek, 10 stycznia 2012
|