albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS
środa, 21 stycznia 2015

Nie pływałam od... nie pamiętam kiedy. Nie przypominam sobie, żebym była na basenie od powrotu do Poznania, czyli na pewno ponad rok. Na pewno nie pływałam mieszkając w Krakowie - więc na pewno półtora roku.

Od dwóch tygodni się zbieram. Wczoraj w końcu był ten dzień. Zmobilizował mnie brak miejsca parkingowego na osiedlu. Zaparkowałam więc na chwilę na kopercie ppoż, odniosłam do domu zakupy, wskoczyłam w tankini i lecę! Korek. Ok, mam radio, lalala, spoko luz, przecież się cieszę, że jadę na basen.

To dojechałam. Niepokojąco ciasno na parkingu, ale nie zrażam się. Idę.

Na 6 torów cztery były zarezerwowane na potrzeby zajęć rekinków, kijanek, delfinków i żabek. Ok, myślę - są jeszcze dwa. Z czego jeden z pachołkiem "klienci indywidualni". No, to spoko. Jestem bardzo indywidualna, prawdaż. Widzę wprawdzie, że tutaj też jakieś pojedyncze lekcje się odbywają, ale jakoś damy radę. Jeszcze wchodząc spytałam jednego z instruktorów, potwierdził, że spoko. No, jednak nie. Chwilę później inny pogonił mnie w cholerę, tzn na jedyny pozostały, niezarezerwowany tor.

Szlag i wciórności! Chyba ze 12 osób na jednym torze. Cudze ręce, nogi, łokcie, pięty. Szalona plątanina. Wytrzymałam niecałe 40 minut. Zamiast spodziewanego relaksu - potęgujący się wkurw. Zamiast standardowego pakietu - 40 basen +ewentualna górka, raptem 23. Może bym jeszcze trochę wytrzymała, gdyby było mniej ludno i mogłabym kilka przepłynąć na plecach, odganiając widmo skurczu łydki. Ale nie. Nie to nie.

Wrócę w przyszłym tygodniu. Sprawdzając uprzednio grafik żabek, myszek, płaszczek i innych hipopotamów.

09:05, martuuha
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Było na wschód, było i na południe.

Polski bus jest dobry i tani. A może dobry, bo tani. Internet, zaiste jest. A miejscami także poczęstunek. Słabym punktem są współpasażerowie. Na przykład w drodze z Poznania do Wrocławia - para rozszczebiotanych studentek. O LOSIE! Nie, nie i jeszcze raz nie. Brak elementarnej kultury, który podsunąłby im pomysł dostosowania natężenia głosu do okoliczności, tak bym nie musiała słuchać o ich koleżance, która udawszy się na Sylwestra ze swym partnerem wyszła z niego w czułych objęciach z "tamtą rudą". O braku choćby śladowych oznak inteligencji już nie wspomnę. Dziewczątka gorąco żałowały, że nie zgłosiły się na casting do "Pamiętników z wakacji". Jedną z nich dręczyły bóle menstruacyjne, ale mimo przeczytania ulotki (dwukrotnie i na głos) zupełnie nie radziła sobie z przeliczeniem ile tabletek nospy może wziąć. Potem jeszcze długo szukała słowa na małą saszetkę, na klucze i dokumenty, zapinaną na biodrach (wątroba? żołądek?). Ani spać, ani czytać. Słuchać mimowolnie i załamywać ręce.

W Krakowie też padało. Nie AŻ TAK jak w Warszawie tydzień wcześniej, ale jednak.

Zdaje się, że dopiero co się stamtąd wyprowadziłam, a tu - niespodzianka! Zmieniona nazwa przystanku i zupełnie nieznane mi Centrum Kongresowe pojawiło się przy znanej trasie tramwaju nr 52. Prawie półtora roku.

Meldując się w niedzielę na facebooku "- w mieście Kraków, Polska" napisałam tylko: powroty. I sama nie wiem, czy bardziej to powrót do Krakowa, czy raczej z niego.

20:40, martuuha
Link Komentarze (3) »
piątek, 09 stycznia 2015

Miało być jeszcze skromne podsumowanie teatralnych wybyć martuuhy, ale na razie nie będzie. Martuuha pakuje manatki i udaje się na wschód celem uprawiania dzikich harców w doborowym towarzystwie.

O teatrze może po powrocie. Chyba, że przywiozę lepsze (o ile nadające się do publikacji) tematy :)

Ahoj!

00:50, martuuha
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015

Czyli to, na co czekacie :)

Pierwsza połowa roku była naprawdę niezła (jeden z niewielu pozytywnych aspektów korzystania z komunikacji miejskiej), w okolicach czerwca wydawało mi się nawet, że idę na rekord (pierwszych 18 pozycji pochodzi z tego okresu). Potem dostałam jednak jakiegoś czytelniczego zaparcia. Mocno urosła mi kupka książek napoczętych i, z takich czy innych powodów, odłożonych na bliżej niezdefiniowaną przyszłość (tutaj wśród tytułów: Męska plaga. Seks, pożądanie i kłopoty z prostatą, Na wschód od Edenu czy Sto lat samotności). Myślę, że ich los nie jest jeszcze całkiem przesądzony (w odróżnieniu od Llosy, który na dobre już kurzy się na półce i nie widzę szans ani powodów by do niego wrócić).

No dobrze, ale nie przedłużając: oto spis tegorocznych żabich czytanek:

  1. Pokolenie Ikea. Kobiety - Piotr C.
  2. Moja Trójka - Bartosz Janiszewski
  3. Myszy i Ludzie - John Steinbeck
  4. Pępowina - Majgull Axelsson
  5. Dziewczyna z zapałkami - Anna Janko
  6. Wieczór panieński - Iza Pietrzak
  7. Traktat o łuskaniu fasoli - Wiesław Myśliwski
  8. Anioły jedzą trzy razy dziennie - Grażyna Jagielska
  9. Geniusz i obsesja - Barbara Goldsmith
  10. Wyż nisz - Bartek Chaciński
  11. Mr Vintage rzeczowo o modzie męskiej - Michał Kędziora
  12. Zapiski na pudełku zapałek 86-91 - Umberto Eco
  13. Reisefieber - Mikołaj Łoziński
  14. Swoją drogą - Tomek Michniewicz
  15. Kwiat Kalafiora - Małgorzata Musierowicz
  16. Ida sierpniowa - Małgorzata Musierowicz
  17. Opium w rosole - Małgorzata Musierowicz
  18. Brulion Bebe B. - Małgorzata Musierowicz
  19. Nomen omen - Marta Kisiel
  20. Pan raczy żartować Panie Feynmann
  21. Bezcenny - Zygmunt Miłoszewski
  22. Długi film o miłości - Jacek Hugo-Bader
  23. Wnuczka do orzechów - Małgorzata Musierowicz

No dobra, to tyle suchej wyliczanki. O czym bym chciała w paru słowach? Otóż na plus:

  • (i tu będzie zaskoczenie) - Pokolenie Ikea. Kobiety. Dostałam w prezencie, z dużym przymrugiem oka, ale skoro już znałam bohaterów (;-)), to i tę część przeczytałam. I z przyjemnością zauważyłam, że tym razem książka nie jest już zlepkiem blogowych ścinków, polepionych cienką zaprawą, a całkiem zgrabnie skonstruowaną powieścią. Powiastką może. Ale konstrukcyjnie i warsztatowo znacznie lepsza. Nie znaczy to, że jakoś szczególnie polecam. Po prostu doceniam, że lepsza od poprzedniej.
  • Myśliwski - rewelacja. Trafiło mi w odpowiedni czas. Trochę się bałam, że okażę się dla tego autora zbyt głupia, ale jakoś dałam radę. Na półce na swą kolej czeka Widnokrąg.
  • Łoziński i jego Reisefieber - nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego po nią sięgnęłam. Nie przypominam sobie żadnej recenzji, nie słyszałam o niej od red. Nogasia, nie czytałam w sieci. Pewnie nie chodziło też o okładkę, bo jest dość surowa. A książka zrobiła wrażenie i mogę polecić.
  • Michniewicz - ale o tym już pisałam

Było też kilka rozczarowań:

  • Moja Trójka - bardzo, baaaardzo słabiutkie. Kiepsko napisane, niestarannie wydane, żadnych informacji, na które względnie lojalny słuchacz Trójki nie natknąłby się już co najmniej kilka razy. Nie warto.
  • Jagielska - wprawdzie nie czytałam poprzedniej książki, poprzedzającej "akcją" Anioły, ale zorientowana jako tako byłam. Nie. Próba sprzedania jakiejś intymności oddziału zamkniętego, trącająca tabloidem, a w rzeczywistości trochę wspomnień z pretensjami do literatury. Nie.
  • Hugo-Bader - i tutaj znów nie, nie, nie. Książka, która nawet nie stara się ukryć tabloidowych intencji autora. Miał być reportaż, miał być zapis z wyprawy po brata i przyjaciela. A z nieumiejętności wejścia w tę grupę, z niezrozumienia sensu i celu tego wszystkiego autor, odsunięty na boczny tor, nie zebrał na reportaż materiału. Mimo wszystko książkę chciał jednak wydać ($$$) więc nawtykał do niej jakichś informacji z czapy tudzież innej, pardon my french, dupy: a to o chorobie wysokościowej, a to o historii polskiego himalaizmu, a to o PHZ, od sasa do lasa, byle czymś wypełnić grube okładki tej książki. Wiele informacji się bez sensu powtarzało na kolejnych stronach. Ble i fuj. Było mi po jej przeczytaniu dość obrzydliwie. Nie polecam.

2015-ty zaczęłam nie literaturą, a językiem. A właściwie o języku rozmową. Bralczyk, Markowski Miodek w rozmowie z Jerzym Sosnowskim - Wszystko zależy od przyimka. I mocno zastanawiam się, po co sięgnąć dalej, żeby końcoworoczny zastój czymś przełamać. Może sięgnę po Murakamiego, który czeka na swoją kolej? w 2013 to on właśnie wybijał mi się ze statystyk, a, szczęśliwie, jeszcze nie wszystkie litery mu wyczytałam.

12:18, martuuha
Link Komentarze (10) »
sobota, 03 stycznia 2015

A właściwie koncertowo. Tradycyjnie, jak od kilku już lat, zliczam aktywności okołokulturalne, żeby na koniec roku wydać na sobie samej wyrok za zbyt niską aktywność w życiu kulturalnym. I czynić postanowienia poprawy i ciągłego doskonalenia.

  1. Depeche Mode (02.2014)
  2. Jacek Bończyk z piosenkami Jacka Kaczmarskiego (04.2014)
  3. 2 Tm 2,3 (04.2014)
  4. Bez Jacka (05.2014)
  5. Iva Bittova (05.2014)
  6. Karolina Cicha i BArt Pałyga (06.2014)
  7. Fanfara Cioncarlia (06.2014)
  8. Emergenza Festival, Red Scalp (06.2014)
  9. Kabaret Hrabi, "Także, o" (06.2014)
  10. Wolna Grupa Bukowina (07.2014)
  11. Szanta Claus Festival (Zagrali i Poszli, Majtki Bosmana, The Nierobbers, Klang, Formacja, kpt. Waldek Mieczkowski) (12.2014)
  12. jam session w Dublinerze (12.2014)

No dobra, trochę naciągam, żeby wyjść na średnią raz w miesiącu. Ale tłumaczę się tym, że Hrabi dużo śpiewa w swoich programach, a taki jam session to też muzyka na żywo, prawda?

Z nowym rokiem nie odpuszczam. Już w piątek jadę do Warszawy na kolejne szanty. A dziś zapisałam się na listę kolejkową na przyszłoroczny koncert noworoczny Filharmoników Wiedeńskich. Wczoraj ruszyły zapisy i jest dopiero ~50 tysięcy chętnych; szczerze mnie to dziwi.

16:03, martuuha
Link Komentarze (6) »