albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dwie stare baby czołgające się na czworaka z pomostu, zaraz po tym, jak rechotały i kaszlały, i krzyczały w niebo, do gwiazd: "jeszcze jeeeedna!", jak opowiadały i opowiadały, i milczały i milczały, jak identyfikowały chlupotanie pod pomostem jako obecność krokodyla, jak niepokoiły się, czy brama, prowadząca na teren ośrodka, którą to bramą dotarły nad jezioro, jest aby nadal otwarta, mimo godzin już niewątpliwie nocnych.

No więc te dwie baby, gramolące się na czterech, ku stałemu gruntu - tak, ja też bym zarzuciła całą konspirę, zaniechała dyskrecji i zadośćuczyniła przemożnej ciekawości włączając latarkę.

Tak, o mało co byśmy pospadały do zimnej już o tej porze wody. Z wrażenia.

Że szpieg nie spadł po tym, co zobaczył, to się naprawdę dziwię.

23:12, martuuha
Link Komentarze (11) »
czwartek, 22 sierpnia 2013

No przecież wiadomo, że przeszło. Przeszło w różne inne. W zmęczenie też, ale dobre zmęczenie. Dostałam w końcu moje auto po renowacji. Tym razem, jak się okazuje, zgrabniej spasowali elementy, czyli nie ma tego złego. Zaraz po odebraniu tegoż natłukłam mu znów kilometrów jak szalona. Dobrze, że udało się na raty, z przystankami. Niby przywykłam do dużojeżdżenia, ale w kilka dni zrobiłam jakieś dwa tysiące. I dało się to odczuć.

Przemierzając kilometry towarzyszyłam rzeczom niecodziennym.

Ze wzruszeniem i zaszczytem czytałam Przyjaciółce "wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma". Chwilę później słuchałam tych samych słów po hiszpańsku. I choć denerwowałam się - było cudnie. Mnie. Choć na ogół w okolicznościach weselnych tak nie jest. Tym razem - i tyle twarzy znajomych. I tyle serdecznych uścisków. I rozmów - to wesołych, to zamyślonych. Niespiesznych.

Z nie mniejszym wzruszeniem i zachwytem, ale i przestrachem zapoznałam się z Bratanką, maleństwem mniejszym jeszcze niż się spodziewałam. I że mój brat - ojcem? Że za rodziców mam dziadków? Trochę to mnie dziwi, trochę do mnie nie dociera. Choć sama radość przecież. Sporo dzieciaków w okolicy - taki czas, taki wiek. 

Tymczasem ja znów kaszlę. A może wciąż jeszcze nie przestałam? Kolejny lekarz mówi mi, że jestem zdrowa, że to nic, to nic, to nic. Czułabym się jak przyłapana na gorącym uczynku hipochondryczka, gdyby nie rozrywający płuca oraz wzbudzający niepokój wszystkich wkoło kaszel. No i gdybym spała. A spać nie mogę. I trochę się jednak martwię.

Pakuję walizkę i na parę dni jadę na wieś, doglądnąć kota i poczochrać się spsem. Psiura ostatnim razem stęskniona tak, że ojacie! Nie do uwierzenia. Cieszy mnie tych kilka dni sam na sam. Zabieram druty. I to by było na tyle.

Ach, tytuł samochodowej płyty miesiąca otrzymuje zespół Depeche Mode z płytą Songs of Faith and Deviation Devotion.

21:31, martuuha
Link Komentarze (6) »
czwartek, 15 sierpnia 2013

witaj smutku

00:08, martuuha
Link Komentarze (10) »
niedziela, 11 sierpnia 2013

O różnych rzeczach, sprawach, zdarzeniach i niezdarzeniach. Czasem się spełnia. Jak wczoraj.

O koncercie Florence & The Machine marzyłam od jakiegoś już czasu. Nie bardzo krótkiego. Doczekałam. Koncert był cudowny. Flo jak czarodziejka, jak wulkan, jak wszystko albo nic, jak pieprz z wanilią. Publiczność entuzjastyczna, oddana, fanowska. I bardzo, bardzo liczna.

Pozostał niedosyt, bo przecież zawsze można więcej, dłużej, bardziej, ale pozostaje czekać na spełnienie "see you very soon" i cieszyć spełnionym.

Niewielka namiastka poniżej, ale spodziewam się na dniach, że youtube wykwitnie mniej lub bardziej udanymi filmikami.

14:46, martuuha , słodki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 06 sierpnia 2013

Możecie się obrażać, ale to nie jest okoliczność do życia. Naprawdę. Z upału napieprza mnie głowa, ale JAK. Jest mi niedobrze do porzygu. Z tego wszystkiego jestem bliska zostania pracoholiczką, bo tam jest chłodniej (acz głowa zaczęła napieprzać już dawno, podobnie żołądek, więc nic sobie z tego nie robią) i chociaż pot nie ścieka mi wartkimi potokami po głowie, twarzy, plecach, udach...

Wracam z pracy, zimny prysznic, chcę tu zamieszkać, niech się leje woda, niech będzie tak, i nie inaczej. Nadal chce mi się rzygać, ale głowa zmiejszyła poziom napieprzania z 9 do 7,5. Doprawdy, zbytek łaski. Rzucam się na łóżko. Rzucam dosłownie, bo rozrzucam członki na boki, żeby nie grzało, żeby grzało mniej. Dopóki mam mokre włosy (to ciut chłodzi) udaje się zasnąć. Budzę się kilka godzin później. Powoli robi się ciemno, otwieram okna na przestrzał, ale nie jest na tyle zimniej by dać wytchnienie. Głowa bez zmian, mdłości podobnie.

Noc w tych temperaturach nie daje odpoczynku. Obudzę się zmęczona i zgrzana, bo okna otwarte na noc dadzą od świtu naparzankę pełnego słońca. Znów łeb boli i mdli.

I naprawdę, w dupę sobie wsadźcie te wszystkie głupiomądre teksty, że jest lato, więc musi być ciepło. Srał pies takie ciepło. +30 to też jest ciepło, a? Nawet +25 to jest ciepło. Nie musi być chyba +40 żebyście zauważyli, że jest lato?

Nie da się żyć, zwariuję jak nic. 

22:25, martuuha
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2