albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS
piątek, 28 czerwca 2013

Drugi raz w tym miesiącu gruźliczo kaszlę. Tym razem dla odmiany nic mi nie jest, poza tym, że próbuję wypluć płuca, a wraz z nimi różne inne elementy mocniej lub słabiej związane z tymiż. Uznawszy, że płuca ( i te inne, poprzyczepiane), mogą jeszcze mi się na coś przydać (oraz zaniepokojona faktem, że pozbawiona płuc klatka, cokolwiek piersiowa, mogłaby się zapaść), decyduje się iść do pani doktor.

Wywiad jest długi, szczegółowy, sięga do drugiego pokolenia wstecz, a mnie udało się skłamać nie więcej niż jeden raz.

Pani doktor stuka w komputer, notuje recepty, standardowo głowiąc się nad adresem meldunku, w końcu podnosi głowę znad papierów.

Czekam na wyrok.

- jest pani zdrowa.

- a ten kaszel? - próbuję jeszcze

- to nic takiego

- to po co recepty?

15:24, martuuha
Link Komentarze (22) »
niedziela, 23 czerwca 2013

Ten metalowy żółw z popoprzedniej notki, to wygląda i brzmi tak. Kojąco.

 

środa, 19 czerwca 2013

Na Piotrkowskiej powietrze stoi. Ale stoi agresywnie, atakuje, lepi się. Pot cienką strużką cieknie mi po plecach. Na Piotrkowskiej stoi też W. Piękna, opalona i uśmiechnięta. Rzucamy się sobie w ramiona z radością. Nie mamy wiele czasu, ale choć zjeść razem obiad, porozmawiać, popatrzeć w oczy, gdzie to, o czym trudno gadać. Potem znów kilka uścisków, kilka "tak się cieszę" i ona w swój wir, ja w swój. 

Odpalam brykę. Płonie - to dobre słowo. Ponad 30, powietrze stoi. Nie spodziewałam się, walizka średnio dostosowana zawartością do tropików. Klimatyzacja na full, wewnętrzny obieg, ledwo zipię. Po 100 kilometrach kończy mi się woda, baleriny zsunąłam pod fotelem, prowadze boso. Na stacji kupuję dużą wodę. W bagażniku przebieram bluzkę pracową na lżejszą, obmywam nogi gazowaną cisowianką, przebieram baletki na sandały (jako rasowy Nomada mam w bagażniku 2 pary butów, kurtkę przeciwdeszczową, i kilka innych gadżetów). Jadę dalej. Jest 17, 18, temperatura nie schodzi poniżej 30 stopni. Klimatyzacja na ful, czasem chlast wody na kark i dałam radę.

Po wejściu do domu zimny prysznic, trzy szklanice lemoniady i jakoś da się żyć.

22:04, martuuha
Link Komentarze (6) »
niedziela, 16 czerwca 2013

Kolejny weekend z leniem w dupie. Dwa tygodnie temu przeleżałam niedzielę dochodząc do siebie po sobocie. Tydzień temu leżałam robiąc nic, lecząc przeziębienie z poprzedniego tygodnia. Wczoraj cały dzień spałam, i to dosłownie cały dzień, bo do 18, bo tylko sen pozwalał poradzić sobie z potwornym bólem głowy i mdłościami oraz innymi przebojami ze strony przewodu.

Nie wiem, skąd to. Że niby odreagowuję? Że pracoholiczne nawyki - zapierdalać w tygodniu, a potem jak betka leżeć i regenerować? Że stresy? Nie wiem, ale nie podoba mi się to. Ale też - mam w sobie wdzięczność, że mogłam bezkarnie ten dzień przeleżeć, że nikt nic ode mnie nie chciał. Że bez wyrzutów sumienia, w swoim rytmie, podążając za elementarnymi potrzebami mnie-cielesnej. 

Piątkowy wieczór na koncercie w Zabrzu. Brat nie dotarł, bardzo mi szkoda, bo to było bardziej jego marzenie. Koncert piękny, szczególnie zauroczył mnie support - Pan grający na metalowych żółwiach, czy też garnkach po bigosie. Cudo!
Sama gwiazda wieczoru - nie można powiedzieć, pięknie grali i śpiewali, zbierali oklaski i okrzyki żywiołowe, szczere. Jednak.

Mnie samą dopadły dwa rozczarowania. Pierwszym były trzy wielkie, bezduszne syntezatory. I jakoś nie przekonują mnie muzycy, co to stoją przy tych klawiszach, bujają się w rytm i z wielkim namaszczeniem przykładają trzy palce do klawiszy, i trwają, z uczuciem, a jakże, w tym akordzie przez dłuższą chwilę, bujając się, a jakże, by potem przyłożyć następne dwa palce. No nie. Tak monumentalna muzyka powinna mieć monumentalne instrumentarium. Całe smyki, cała sekcja dęta. No wszystko tam powinno być. I fortepian powinien stać na środku. A I chórki powinny być ludzkie, a nie z taśmy. Wzdech.
Drugie rozczarowanie niejako związane z pierwszym - to był mało koncertowy koncert. Utwory odegrane dosłownie jak na płycie, ani pół nutki nie zmienione, nie dodane, ani w instrumentach, ani w wokalach. Nic. A przecież żeby posłuchać płyty nie potrzebuję tłuc się do Zabrza i z powrotem, i wydawać licznych sakiewek zapazusznych na bilet. Żeby choć coś z nami pogadali, opowiedzieli, weszli w interakcję, a tu nic.

Co nie zmienia faktu, że nawet rozczarowujący koncert Dead Can Dance jest wart tego, by na nim być, choć raz.

A może mnie się po prostu w tyłku przewraca z nadmiaru muzycznych wrażeń? 

 

niedziela, 09 czerwca 2013

Jestem dość zmęczona. Albo bywam. Potrzebuję tego luzu, że jest sobota, budzę się, jem owsiankę, piję herbatę, po czym wracam do łóżka, robię nic, słucham radia, nic się nie dzieje, żadnych bodźców. Takiego bycia poza czasem, poza ramami, na marginesie.

Po poprzednim weekendzie z trudem wraca mi głos. To trudne, bo w pracy głównie gadam, gadam, gadam, gadam. I dziwnie jest, gdy czasem po prostu w pół zdania, w pół słowa dopada mnie niemożność kontynuowania. Bieżący weekend, gdy dotarłam z zimnym piwem na kuzynkową imprezę (średnia wieku: 21), na pewnie nie pozostanie bez wpływu na proces ozdrowieńczy.

Kilka spraw schowałam pod dywan, trochę zaskorupiłam. Nie mam pomysłu na rozwiązanie, z drugiej strony też nie widzę woli, pomysłu, a może nawet nie widzę, by zauważono problem. A nie da się tak żyć z wiecznie rozbebeszoną raną. Więc chowamy krwisty widok gdzieś głębiej, pomartwię się tym jutro. Po prostu o tym nie myślę, bo gdy myślę, to mi smutno.

W wolnych chwilach, (wolnych od robienia niczego) robię na drutach. I walczę z pokusą by znów nakupować szaleństw kolorowych mniej lub bardziej. A przecież nie mam takich mocy przerobowych, no nie mam, nie oszukujmy się.

Źle nie jest. Jest: po prostu.

 

13:57, martuuha , mdły
Link Komentarze (6) »