albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS
środa, 26 lutego 2014

Jak to w życiu bywa - wszystko się wydało! Państwo Czytactwo się może i próbowało czasem wylansić, kulturą wyższą gębę sobie powycierać, błędów językowych nie popełniać i w ogóle być takim bardziej fafarafa. A jak przychodzi co do czego, to wiadomo, że i tak wszystkich bawi, że usiadł i piardło, że Benny Hill, że przychodzi baba do lekarza i fekalia. Wszystko wiem, zresztą - Państwo zerknie poniżej i nie próbuje się wypierać.

A skoro tak, to zgodnie z zapotrzebowaniem na ekskremenckie historie - służę uprzejmie!

(Eldko - o Tobie też pamiętam, będzie i bardziej rzeczowa relacja, ale sama rozumiesz - nie będę tu w urynie taplać muzycznych bohaterów. To się nie godzi!)

Taki koncert to nie byle co. Już samo "dojechać" stanowi nie lada wyzwanie. Potem zlokalizować się. Zlokalizować współtowarzyszy kulturalnej rozpusty. Dostać się do wnętrza budynku. Sforsować metalowe barierki i żywe zasieki z kilku rzędów ochroniarzy i ochroniarek. Już jesteśmy upoceni jak wieprze i nieco zniechęceni. Ale najlepsze wciąż wszak przed nami. Karnie ustawiamy się w kolejce do szatni. Potem drugiej. I trzeciej. Oraz czwartej, dlaczego by nie. Bo przecież nie można szatni wypełnionej po brzegi po prostu zamknąć, nie, skądże! Trzeba, żeby każdy odstał swoje w kolejce i dopiero przy ladzie dowiedział się, że nie, sorry, tu już nie ma miejsc. W końcu, nie bez tupetu towarzyszącej nam Ewki, udaje nam się pozbyć kurtek i płaszczy, a na czele potrzeb plasuje się, niedające się dłużej ignorować, ciśnienie w pęcherzu. 

Cóż robić. Lokalizujemy najdłuższą w lokalu kolejkę, prowadzącą do podziemi. Tak, rzadko kiedy człowiek odczuwa taką wspólnotę doświadczeń, jak w kolejce do klopa. Ciasno, rzec można - przytulnie (tulą się wszyscy do wszystkich, jak dobrze trafisz to nawet nie będzie nieprzyjemnie), a wśród wyłaniających się z podziemi mężczyzn słyszymy konspiracyjny szept: "do męskiego nie ma kolejki!". Kto by pomyślał! (Wiadomo, że nie ma. Nigdy nie ma. Nie pytajcie, skąd wiem. Wiem.) Przemy przytuleni, idziemy w tę czeluść i mrok. JEST! Co by miał nie być, łaski, wszak nie robi.

No to co? No to idę, jak do siebie, jak po swoje. Nie pierwszy wszak to w mym życiu koncert, i nie pierwszy męski kibel, strategia jest jedna - pewność siebie. I nie rozglądać się na boki. Z jedenj i drugiej strony rząd męskich tyłków, ale drzwi do kabiny jakieś otwarte - sunę! I byłoby wszystko ładnie pięknie, gdyby nie te dwie, podtatusiałe pensjonarki, co szły za mną. Oczywiście - musiały się porozglądać, a co się rozejrzały to w nastoletni pisk, krzyk i biegusiem za mną. Ani się obejrzałam za zamkniętymi drzwiami, nieco zdziwione znalazłyśmy się wszystkie trzy. 

I się zaczęło! A która bardziej, a która nie wytrzyma, a która pierwsza, a jak narciarzowo kolana niemałego człowieka zmieścić, gdy do drzwi przytulone pozostałe dwie co i raz to kukają na zewnątrz, to wdają się w dyskusje z towarzystwem po drugiej stronie drzwi. Tam słychać to rubaszne śmiechy, to głosy udawanego oburzenia. Jeszcze goręcej robi się, gdy zawisa nad nami widmo wcale nie ukrytej kamery czającej się na moment, kiedy w końcu, prędzej, czy później, z tej ciasnej kabiny, wszystkie trzy, DAMY, wymaszerujemy. Poprawiłyśmy włosy, i portki, i sru - raz kozie śmierć. A nawet trzem. Skończyło się na strachu. Nie, oczywiście, że nie naszym, skądże! Niech się wstydzi ten, kto widzi, czy jak to mówią.

Nie rozumiem tylko, dlaczego towarzyszący nam mężczyźni czekali na nas, z głupawymi uśmieszkami na twarzach, w pewnym takim oddaleniu. Zupełnie nie rozumiem.

21:34, martuuha
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 lutego 2014

Bo z tym sikaniem to było tak:

Podróżować do Łodzi można różnie, zgaduję, że nawet nie łodzią najtrudniej i najwolniej, a starym, niedobrym pekapem. Więc co? Oczywiście, więc pojechałam pekapem. Godzin: cztery, minu: trzydzieści. Najpierw zimno i tłum, potem podgrzewane siedzenia (aż czułam, jak mi się smaloszek wytapia) i puchy. A że podróż trwała i trwać miała, po biciu się z myślami oraz szczegółowym oszacowaniu szans na dowiezienie uryny do jakiego bardziej cywilizowanego kibelka (wynik: bez szans) podjęłam heroicznę decyzję odsikania martuuhy w pekapie. 

Poszłam.

Jak skazaniec na szafot, jak pątnik na Świętą Górę Grabarkę, jak wojskowy do jednostki po przepustce. Poszłam. Nawet nie śmierdziało tak bardzo. Tyle, co papierochami. Trzykrotnie siłowałam się z zamkiem, bo jakoś nie chciał współdziałać. W końcu. Przeskoczył. Jest. Więc do dzieła, skoro już tu jestem. Skróćmy me męki.

Wtem...

Drzwi z impetem otwiera (zaznaczam: nie: usiłuje otworzyć, a otwiera) konduktor! Nie, mało mu, że już ze trzy razy sprawdził mój bilet. Nie, jeszcze do klopa będzie za mną ganiał! Czy bilet na przesyłkę urynową mam, czy co chciał sprawdzać - nie wiem. Wyartykułowałam z siebie pełne sprzeciwu i wymowne: yyyyyaaaaaagrh. Poskutkowało. Wycofał się i odczekał w korytarzu. Ogarnęłam się, ogaciłam, poprawiłam lok. Idę z dumnie uniesionym czołem. Stoi, jakby mu za to płacili.

I co?

W pierwszym odruchu bąknął jakieś przeprosiny, by zaraz potem rozedrzeć na mnie ryj. 

Facet!

21:37, martuuha
Link Komentarze (18) »
niedziela, 23 lutego 2014

Angina anginą, ale tego nie mogłabym sobie przecież darować.

Z ostatnich rozmów przedkoncertowych wynika, że zespołowi należy się od zgtromadzonej publiczności:

  1. skakanie pod sceną
  2. piszczenie
  3. sikanie
  4. robienie szelek ze stringów (no co? na koncerty się nie chadza, czy jak?)

Zważywszy zepsutą stopę punkt pierwszy odpada. Co do piszczenia obawiam, że mogę się skończyć jeszcze zanim koncert się zacznie (opiskiwać zamierzam najpierw spotkanie z Inu, a potem z Anetą, Tomaszem i resztą zgrai). Pozostają mi instrukcje z 3. i 4. punktu. Trudno. Spróbuję udźwignąć.

19:35, martuuha
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 lutego 2014

Angina to zło. Podobnie jak kilka innych rzeczy na świecie.

19:49, martuuha
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 10 lutego 2014

Ostatnio przeczytana książka - Anny Janko "Dziewczyna z zapałkami" - przejmująco smutna, o miazdze życia codziennego, o zimnym środku, o braku, o niespelnialnej tęsknocie, o rozczarowaniu wszystkim, sobą najbardziej.

Dziś kino i Sierpień w hrabstwie Osage. Można było trafić coś bardziej przejmującego i smutnego? Że każda rodzina ma trupa w szafie to truizm. Ale mieć ich aż tyle? I TAKICH?

Czuję się przeorana na wskroś.

Żeby szczęście było pełne - jutro lekarz. Nawet nie pytajcie.

Potrzebuję wiosny, jakiejś lekkiej komedii, śmiechu z przepony, wina, kobiet i śpiewu.

22:14, martuuha
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2