albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS
czwartek, 30 stycznia 2014

Co za idiotycznie paradoksalny organizm mi się trafił, to doprawdy!

Przegapia, kiedy należałoby dać sygnał, że głodny. Ale nie cieszmy się, bo za to w kilka godzin (no dobra, tak z 5, czy 6h) po poprzednim posiłku zaczyna ćmić. Dla niepoznaki głowa. Człowiek se myśli, że może zmęczony po pracy, że może cośtam, cośtam. Ale nie, nie jest lepiej. Czaska rąbie równo, a do tego rąbie już też żołądek. Bo czemu by nie, prawda? Rąbią więc niemiłośiernie. I wiem, że to z przegapionego posiłku. Więc na logikę - powinnam coś zjeść. Ale nie mogę, bo przecież rąbie mnie żołądek i nie włożę do niego jedzenia, co to, to nie. No to co? może tabletkę? Ibuprofen pomaga na czaszkę, owszem. Wielokrotnie sprawdziłam. Ale wrzucać na pusty, bolący żołądek tabletki jednoznacznie drażniące śluzówkę tegoż? Też nie za bardzo. Pozostaje zrezygnować z jakichkolwiek aktywności i schować się pod kołdrę. Co nie pomaga na ból, ale pozwala go przespać. Jak dobrze pójdzie. Skąd wiem, że nie pomaga? Bo budzę się z nadal łupiącym jak berlińskie techno łbem. Rano jednak jakoś udaje mi się przemycić do zaspanego żołądka kilka kęsów, które natychmiast poprawiam czerwoną tabletką. Pocieszam się myślą, że może mogłabym wziąć z pół dnia urlopu. I jutro drugie pół... Czego oczywiście nie robię, ale rano miło się chwycić jakiejś myśli optymistycznej. Ze dwie, trzy godziny później biorę kolejną czerwoną, a koło południa zaczynam jako tako funkcjonować.

A wszystko to dlatego, że nie zjadłam obiadu. Nie, nie uważam, żeby to było normalne.

20:58, martuuha
Link Komentarze (4) »
wtorek, 28 stycznia 2014

Luźna atmosfera, opowieści różnej treści, między innymi o tym, co ludzie opowiadają na rozmowach kwalifikacyjnych. Prostą drogą skojarzeń przechodzimy do nieudanych randek (no co?) I tak oto:

Dawno to było, jeszcze na studiach, może nawet w liceum. Wybrałyśmy się z koleżanką do pubu, siedzimy nad piwkiem, gadamy. Przysiadło się takich dwóch. Jeden do mnie smalił cholewki, drugi do koleżanki, jak to w takich sytuacjach bywa. No i tak sobie gadamy w opcji duety do mety, aż w którymś momencie patrzę - koleżance się coś dziwnego z twarzą dzieje. Ni to zamarła, ni to się zdziwia, a najpewniej powstrzymuje. Wybuch. Ino nie wiem wybuch czego, czy to radości, czy zgrozy, czy oburzenia. Jak się później okazało, młodzieniec ów rzucił się podrywać na elokwencję i erudycję i z tego wszystkiego wyznał dziewczątku:

- bardzo mi się podobają Twoje picassowskie kształty[*]

Popłakałyśmy się gromadnie ze śmiechu. Przez łzy komentuję:

- My tu się śmiejemy, ale wiecie: pewnie nie raz i nie dwa skuteczne rwanie miał na ten tekst. Nie każda się pozna przecież.

Myślałby kto, że to koniec opowieści? Otóż nie! Najlepsze dopiero przed nami!

- Dobrze, że nie powiedział o rubensowskich! To by dopiero było! - trzeźwo zauważa filigranowa Dziunia. [**]

Na co milcząca do tej pory, ostatnia kobieta w pomieszczeniu, ostatkiem sił próbuje go ratować:

- A może ona miała gdzieś słoneczniki wpięte? Albo namalowane na bluzce?

 ~~~

Kurtyna. Oklaski. Płacząca publiczność zatacza się w kierunku szatni. Echo rubasznego śmiechu wybrzmiewa we foyer.

 ~~~

[*] ale że jak? nos na czole? oko w boku? ręka, noga, mózg na ścianie?

[**] twarz wykrzywia mi się picassowsko w akronim WTF?!

22:15, martuuha
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 stycznia 2014

Od sierpnia szukałam pracy. Intensywnie. I choć w duchu miałam przekonanie, że do końca roku pracę znajdę, to niezbyt intensywny odzew powoli zaczynał mnie niepokoić. Poza szukaniem, choćby nie wiem, jak intensywnym, miałam też trochę czasu na inne taki. Przeczesywanie Internetu na przykład; na generowanie sobie potrzeb, których dotąd nie miałam. I tak oto wygenerowałam sobie potrzebę torebki. Ale nie że tak po prostu.

Otóż z torebkami to jest u mnie tak. Zupełnie nie przemawia do mnie teoria o torebce dopasowanej do butów. To jest jaka abstrakcja. Torebka wg moich kanonów to ma mieścić bochenek chleba i butelkę wina. Co najmniej. Na ogół mieści ze dwie flaszki oraz trzy rodzaje przystawek. I jeszcze buty na zmianę ;-) W razie potrzeby umiem w niej zgubić laptopa.

No więc sami rozumiecie, znalezienie torebki spełniającej takie wymogi, nie jest łatwe. Do tego nie lubię nadmiernej ilości fidrygałków, kieszoneczek, skuwek, złotek, ozdobników. No nie. Aha, i jeszcze ma się nosić na ramieniu. Torebusie przeznaczone do dzierżenia w dłoni – nie, nie, nie.

Tak więc jest sobie jesień, przeglądam ja te Internety, i , czysta złośliwość!, znajduję torebkę idealną. Oczywiście, kiedy ja na bezrobociu, zasiłek starcza na zatankowanie samochodu na przeprowadzkę z Krakowa na wieś, tudzież ze wsi do Poznania. Życie uszczupla oszczędności z brzdękiem monet, jak w wiadomej piosence. A ja trwam w zachwycie i nieznośnej niemożności. Na pociechę obiecuję sobie, że jak już dostanę pracę, to nabędę. Nabędę czym prędzej.

No ale mija tydzień, drugi, trzeci, a mnie aż kręci. A jak potem ich nie będzie? Tych torebek. A jak będą jeszcze droższe? A co jeśli już nigdy, a ja przegapię szansę? Wpadam więc na przebiegły sposób i odkręcam zależność. I już nie: jak dostanę pracę to kupię torebkę, a: kupię torebkę, a wtedy dostanę pracę. Zadowolona, że tak to sobie mądrze wykombinowałam zamówiłam torebkę i czekałam na rozwój wydarzeń. Torebka dotarła do mnie między trzecią, a czwartą rozmową kwalifikacyjną w Firmie, a zaraz potem przyszedł też telefon z informacją, że tak, jak najbardziej, zapraszamy od stycznia na etat.

I zdawać by się mogło, że to już. Ale nie.

Jako, że już tę pracę dostałam, postanowiłam się zmultiplanować. Splanerować się. Podglądałam te multiplanery od jakiegoś czasu i zachciałam też. Dłuższą chwilę zastanawiałam się, czy wybrać czarny czy czerwony. Kto fejsbukowy to może brał nawet udział w tym plebiscycie. Zdecydowałam się na czerwony. Że energia, że łatwiej w tej przepaściastej torebce go znaleźć i takie tam kryteria. Wybrany, zamówiony, zapłacony, doczekać się nie mogłam.

No to się doczekałam. Otwieram paczkę. A tam… piękny, ale CZARNY multiplaner. Nic to, sprawdzam korespondencję; czerwony potwierdzony jak wół. Mailujemy zatem. Sklep natychmiast odpisał, że oczywiście, faktycznie, ich błąd. I jeśli tylko ten omyłkowy, czarny, przekażę komuś, kto będzie go używał, oni dosyłają mi czerwony, zgodnie z zamówieniem i przepraszają za kłopot. Tak to ja rozumiem.

Przypomniałam sobie torebkowe zaklęcie i idąc tym tropem czarny planer wysłałam Takiej Jednej, szukającej pracy. Z zapewnieniem, że skoro ma już porządny kalendarz, to teraz ani chybi dostanie pracę, by zapełniać go projektami i różnymi takimi, „to do” listami.

Kogo zdziwi, że kilka dni temu multiplanerowy sklep dostał maila (a ja kopię), której fragment przytaczam poniżej? Kto nie wierzy w czarownice?

Chciałam zameldować z radością, że dostałam od niej piękny prezent w postaci owego czarnego multiplanera, z życzeniami bym w życiu miała czas na życie oraz znalazła wymarzoną pracę. No i proszę - dosłownie po trzech dniach znalazłam tę pracę, a raczej ona znalazła mnie. I mam co wpisywać w kalendarz i planować i zarządzać i notować ku pamięci własnej i potomności!

Jest głód, którego nie zaspokoją nawet najlepsze muffiny, ani nawet garnek fasolowej na wędzonych żeberkach.

00:55, martuuha , słony
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 stycznia 2014

Przychodzi taki moment w życiu pojedynczej kobiety, kiedy odkuwając centymetr po centymetrze grubą jak pancerne szkło warstwę lodu pokrywającą szczelnie CAŁY samochód; kiedy pomyśli sobie, że na co jej, osobie może i wyrośniętej, ale jednak, jak zauważono - pojedynczej, samochód wielkości niemałego czołgu, mogącego pomieścić pięcioosobową rodzinę. I psa marki bernardyn. Oraz narty czy sanki. Dla wszystkich. W zasadzie może nawet i narty, i sanki. Że może jakieś małe, zgrabne, kompaktowe autko, byłoby bardziej pasowne w tej sytuacji. A już na pewno w sytuacji odkuwania litego lodu, przy minus trzynastu w powietrzu. Przy grabiejących dłoniach. Przy ślizgających się butach. Przy zamarzającym w zatokach smarku. I tak dalej.

A godzinę później ta pojedyncza kobieta jedzie czołgiem po oblodzonych drogach i już znowu pamięta, dlaczego nie jeździ autkiem kompaktowym, zgrabnym, małym. I może ma więcej do odśnieżania/odladzania, ale i szanse na utrzymanie się drogi też ma większe.

ergo: rozmiar ma znaczenie, co było do udowodnienia

19:50, martuuha
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2