albo się nie uda...
Kategorie: Wszystkie | gorzki | mdły | słodki | słodko-kwaśny | słony | w pięciu smakach
RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2013

Narobiłam dziś w gacie ze strachu. Prawie.

Było już późno, z Wrocławia wyjechałam później niż miałam, bo jeszcze serwis trzeba było odwiedzić i trochę to trwało. GPS nastawiony, cykpykmyk austostradą, potem zjazd, ale droga krajowa, spoko loko. Wprawdzie koło zera, w dzień mokro, trochę niby zamarza, ale w sumie nie wozi mnie na boki, jakoś jadę. Luz. Do czasu. GPS pewnie kazał skręcać w coraz to mniejsze i, co gorsza, ciemniejsze dróżki. Zniknęło pobocze, zniknęła linia przerywana środkiem drogi. Pojawił się cholerny księżyc w pełni. Droga puściuteńka. Nikogo. Nikogusieńko. Las, ośnieżony. Szarośnieżne pobocze. Drzewa w skrajni drogi. Kilka zjazdów z głównej drogi, z górki, albo pod - tak, że nie wiedziałam, czy tam, gdzie jadę, to jest coś, czy przepaść i zupełne nic. Ostre podjazdy. Coraz częstsze znaki ostrzegające o opadających kamieniach, albo stromiznach. Zakręt za zakrętem. Byłabym zawróciła, ale z rzadka (stanowczo - zbyt rzadka!) pojawiał się kierunkowskaz na miasto dawniej wojewódzkie. Rzut oka na GPS - 15 km do celu, a ja w czarnej dupie. Gacie pełne! No ale jadę, bo przecież nie chcę TU, pośrodku niczego zostać. Brrrr!

Pojawiła się jakaś miejscowość. Jakiś pieszy, pijaniuteńki, że jak się masz, a co. I jakieś auta się zaczęły pojawiać - oczywiście świecące niepokojąco po lusterkach.  Ale zaraz znów jakaś boczna dróżka. Jadę zgodnie z wskazaniami, ale nagle się okazuje, że wg mapy jestem poza drogą, znów mnie w środku trzęsie.

Kiedy nagle, za kolejnym zakrętem i wzniesieniem trafiam na widokowy punkt, z którego widać rozświetloną kotlinę biorę głęboki wdech. Wydech.

Jeszcze kilometr, dwa i.. leniwe, senne uliczki uzdrowiska. Śnieżne czapy na drzewach w parku. Pensjonaty uśpione pozasezonowością. Stłumione światło licznych latarni. Spokój. Szczawno Zdrój. Niech cię!


środa, 23 stycznia 2013

Właśnie spłukałam się na czekoladę crispy joghurt (niedobra) oraz bilety na Dead Can Dance. Bo jeśli na coś warto, to na dobrą muzykę na pewno tak.

23:11, martuuha
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 stycznia 2013

Przez ostatnie pół roku złamałam trzy zęby i jedno serce. Człowiek demolka.

16:34, martuuha , słony
Link Komentarze (11) »
środa, 16 stycznia 2013

Pyza jeździ, a ile jeździ tyle ma wniosków. Czasem racjonalizatorskich, czemu nie?

Otóż... w jeżdżeniu najważniejsze jest co? Nie, że samochód, że gaśnica, że koło zapasowe. Bzdura!
Otóż... w jeżdżeniu najważniejsza jest muzyka. Radio i co najmniej kilka płyt, z czego dobrze, żeby przynajmniej jedna była "świeża". Dlaczego? Bo choć najpiękniejsze są piosenki, które znamy, to w obliczu narastającej senności przydaje się coś, co może nie będzie najpiękniejsze (albo jeszcze nie wiemy, czy będzie), ale ma szansę zaciekawić, a choćby i wkurzyć, że nie tak fajne, jak mogłoby być. 
Ważna jest też kawa.
Najlepsza w McDonladzie, bez dwóch zdań. Ale też - najdroższa. 
Pozostałe mniej lub bardziej zalatują styropianem. Albo plastikiem. Albo mokrą szmatą i styropianoplastikiem.
Za to do kawy (dużej, bo po inne się nawet nie schylam) na Orlenie dają w gratisie brownie (choć nie jestem pewna, czy czas przeszły nie byłby słuszniejszy). No dobra, może już nie dają, ale na pewno dawali. I było to wyjątkowo smaczne brownie. O dziwo.
To też ważne. Bo gdy dopada za kierownicą śpik nie samą kawą. Po energetyki nie sięgam i Wam też nie radzę - są okropnie niezdrowe, a do tego przeraźliwie śmierdzą. Jeśli smakują równie obrzydliwie jak "pachną", to naprawdę nie mogę zrozumieć, kto i dlaczego po nie sięga. Fuj!
No w każdym razie - gdy dopada śpik zaczynamy wyglądać stacji benzynowej.
Czasem się jednak okazuje, że stacji póki co nie ma (bo na ten przykład jadę autostradą, a jak wiadomo, przy autostradzie się nie stawia stacji benzynowych, no bo po co?!). To jest czas i miejsce na: a/głośniejszą muzykę, b/ skręcenie ogrzewania (nawet zimą), c/uchylenie okna. Zyskujemy kolejny kwadrans, w tym czasie na horyzoncie pojawia się upragniony przybytek, więc..
Kawa. Wiadomo. I coś na ząb. Niestety - prawda jest taka, że potrzebujemy kilku kalorii. Dlatego też kawa z cukrem (choć normalnie bez), a do kawy? No niechby i ten hotdog. 
Tajemnica hotdogów - wszystkie smakują równie nijako, czyli dokładnie tak, jak zostały wymyślone - smakują jak bułka z parówką. Niezależnie od tego, czy parówka się nazywa "parówka, "kabanos", czy "bekonser". Wszystkie smakują równie nijak, jednak te z Shella mogą być dodatkowo zimne. Nie polecam.
Mamy więc kawę, zjedliśmy parę kęsów bułki z parówką, wracamy do auta?
Nie, nie, nie.
Idziemy do toalety. I nie mów, że nie, że jeszcze nie musisz. Kawa? I kolejna kawa? I autostrada bez stacji benzynowych? Oczywiście, że musisz, uwierz mi.
Z toaletami podobnie jak z kawą. McDonald ma najczystsze. Pachnące. BP i Orlen, na ogól też przyzwoite, choć czasem brakuje to papieru, to mydła. No i raz na Orlenie, gdy zapytałam o toaletę pokazano mi niebieskiego toitoia stojącego na tyłach przybytku. O nie, nie, nie! Nie ze mną te numery.
No nic, wysikani, najedzeni oraz z kawą udajemy się do auta. Przed dalszą drogą jednak nie można zapomnieć o paru wymachach, podskokach, przysiadach, albo truchcie dookoła samochodu. Na pobudzenie. 
I już?
Prawie. Jeszcze przypominamy sobie, czy nam się przypadkiem płyn do spryskiwaczy nie kończy, bo bez tego ani rusz. W razie potrzeby uzupełniamy.
I już?
I już!

piątek, 11 stycznia 2013

Pytanie nie brzmi "czy?" tylko "jak bardzo?"

Jak bardzo jestem dziwna, jeśli złoszczę się piekielnie i rani mnie na wskroś; jak dziwna jestem, jeśli zazdrosna jestem o piosenkę?

I nie to, że autorska. I nie to, że "pierwszego razu". I nie, że coś. Ale była NASZA. Była umiejscowiona w czasie, w przestrzeni, w zapachu bryzy i nagrzanej słońcem skóry, w kolorze nieba z chmurą w kształcie litery v. Niosła beztroskę, szaleństwo i poczucie, że jest dobrze i razem. Niosła wspomnienie czegoś niezwykłego, absolutnie wyjątkowego i jednorazowego. Była znakiem tego wszystkiego.

Czym jest teraz?

Szmatą, która została ze ślubnego welonu po zamieceniu nim schodów do piwnicy.

Może nie jestem normalna; wróć - na pewno nie jestem. Ale boli naprawdę.

22:11, martuuha , gorzki
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2