albo się nie uda...
niedziela, 07 lutego 2010
Nie piszę często o jedzeniu, ale jak już napiszę to do dziś ludzie tu trafiają z gógla w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie "co się robi z avokado, żeby je zjeść?", czy też pomysłu na to, czym owo avokado można popić ;-)
Tym razem pomysł na soczewicę.
Wciąż jeszcze nie bardzo znaną i docenianą. Odkryłam ją dla siebie na studiach i uwielbiam, a swym uwielbieniem dzielę się z kim popadnie karmiąc ludzi nią. I działa :)
Dziś szef kuchni poleca:
Sałatkę z soczewicą (zieloną)
(wstawić w czajniku wodę)
200g soczewicy zielonej przepłukać zimną wodą, odcedzić na sitku. W wysokim garnku o grubym dnie rozgrzać 2-3 łyżki oleju. Może 4? Do tego 2 łyżki curry, podsmażyć. Do gorącego wsypać osączone ziarna soczewicy, obsmażyć, by ziarna dobrze zostały otoczone tłuszczem. Zalać wrzątkiem (ostrożnie! robią się wybuchy!) w objętości mniej więcej dwukrotnie większej niż suche ziarna. Gotować pod przykryciem, aż soczewica będzie miękka, ale nie mymlasta ani przypominająca purre. Po ugotowaniu ziarna odsączyć i przepłukać dobrze zimną wodą.
Do wystudzonej soczewicy dodać fasolę czerwoną z puszki i kukurydzę. Skroić całą dużą czerwoną paprykę. Zetrzeć kostkę łagodnego żółtego sera (można na pewno tez w kostkę, efekt będzie inny, ale na pewno nie gorszy :)). Pokroić 3-5 ugotowanych jajek (zimnych). Dodać 2 łyżki majonezu wymieszane z curry. Sól do smaku.
Pyyyyyycha!
piątek, 05 lutego 2010
Odczuwam kompulsywną potrzebę, by powiedzieć komuś (w sensie - komukolwiek, a nie komuś konkretnemu) "kocham cię", którą tłumię endoergicznie i wsobnie na wskroś. Tłumię, bo w sytuacji, gdy adresata na horyzoncie brak, mogłabym z braku laku narobić jakichś głupot. A to nie jest to, czego teraz potrzebuję. To już wolę brak laku zamiast tych głupot, które znając moje nieograniczone niemal możliwości, mogłabym narobić.
środa, 03 lutego 2010
Kocham zimę! :)
Odkąd pierwsze śniegi spadły to co dzień po cichu sobie marzę, żeby może zasypało mnie na wsi tak, żebym nie mogła do pracy pojechać i wziąć urlop "na sraczkę". I co? Tadam :)
Piękny survival od rana. Prułam przez zaspy jak czołg, śniegi się rozbryzgiwały jak na jakim paryżdakarze, momentami miałam 5centymetrowe zwały śniegu na szybie i widziałam totalne nic, adrenalina i heja! Aż zawisłam na zaspie.
Well...
Telefon do zaspanej szefowej, z udawanym smutkiem zakomunikowałam, że "sorry, ale naprawdę, naPRAWDĘ chciałam, ale nidyrydy", a potem heja i do roboty. Pierwszy opór napotkałam przy próbie otwarcia drzwi - śniegu po pachi. Sięgam po szuflę, co ze mną jeździ na tylnym siedzeniu i heja. Szuflu, szuflu, szuflu... Po pół godzinie odkopałam przednie koła. Pojawił się sąsiad z odsieczą, w postaci drugiej szufli...i nadspodziewanej krzepy ;) Tych 600 metrów, jakie dzieliło mnie od domu, to było najdłuższych 600 metrów w moim życiu.
I pewnie powinnam marudzić i w ogóle... ale mam taką radochę, że mam wagary, że mnie nic a nic to szuflowanie nie obeszło. Ani wciąż padający śnieg, ani zamarznięte nogi, śnieg w butach. Ani zmoczone włosy. Nic a nic!
Błogie wagary :)
Jest już prawie pierwsza. Pługa ani widu ani słychu...Co to będzie, co to będzie.
wtorek, 02 lutego 2010
nawet książki prawie przestałam czytać
damn it
środa, 27 stycznia 2010
Taka jestem kurna dzielna, że nawet gdy ktoś oferuje pomoc, ja już nie potrafię nie myśleć o tym, "że przecież nie chce nikogo obarczać sobą i swoimi urojonymi problemami".
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 130